Wyleczenie z niepłodności

Małżeństwem jesteśmy od 2002 roku. Od samego początku staraliśmy się o dziecko. Jeszcze przed ślubem byłam u pani doktor, która zbadała mnie, powiedziała, że wszystko jest w porządku, że jestem w doskonałym wieku na ciążę - miałam wówczas niecałe 24 lata. Zrobiła mi również usg - akurat miałam owulację. Pomimo tego mijały miesiące, a w ciążę nie zachodziłam. Początkowo nie stresowaliśmy się tym aż tak bardzo. Z czasem jednak rozczarowania były większe. Czas płynął, my stawaliśmy się starsi. Rodzina, znajomi coraz częściej pytali o dziecko. Odpowiadaliśmy, że mamy jeszcze czas. Byliśmy sami z tym problemem. mnie osobiście ciężko było patrzeć na szczęście innych, mąż jest skrytym człowiekiem, nie uzewnętrznia swoich uczuć ale myślę, że jemu też nie było lekko. Pod koniec 2005 roku zaczęłam namawiać męża do zrobienia badań. Trochę to trwało, ale w końcu się przełamał. Wyniki miał doskonałe - lekarz żartował, że mógłby swoim nasieniem niejednego obdzielić. Dla mnie oznaczało to tyle, ze wina leży po mojej stronie, że to ze mną jest coś nie tak.

Zaczęły się badania: poziom hormonów na różnym etapie cyklu - wszystkie płatne bo fundusz nie refunduje skierowań wystawionych przez zwykłego lekarza ginekologa. Bardzo częste usg z których wynikało, że nie owuluję, obowiązkowo badanie drożności jajowodów - bardzo, bardzo bolesne - na szczęście wynik był w porządku. Lekarz zadecydował o stymulacji owulacji hormonami. Brałam również leki obniżające poziom prolaktyny - to hormon odpowiedzialny za laktację i hamujący jajeczkowanie - ja miałam jej za dużo. Leki przyjmowałam jakieś półtora roku, może dwa lata. W ciążę nie zaszłam, ale poprawa była znaczna. Przede wszystkim zaczęłam owulować.
Poważnie myśleliśmy z mężem o inseminacji i o in vitro. Przeraził nas jednak koszt tej metody leczenia niepłodności. Baliśmy się też rozczarowań. Nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej. Przekroczyłam magiczną 30-stkę i złapałam chandrę. Jakiś czas to trwało. Wpadałam w mniej, czasem w bardziej smutny nastrój. Przygnębiał mnie widok małych dzieci, a informacje od kolejnych znajomych o ich ciążach powodowały łzy. Dłużej nie dało się - zresztą już nawet nie chciałam - wmawiać wszystkim że na dzieci mamy jeszcze czas. W czerwcu 2008 roku byliśmy w Ciechocinku. I tam, przypadkiem "zgadaliśmy" się z doktorem Madaraszem o naszym problemie z zajściem w ciąże. Zaproponował alternatywne leczenie. Postanowiliśmy skorzystać. Dwa tygodnie września spędziłam w Ciechocinku. Dni upływały mi na zabiegach. Plan zabiegów ułożył rzecz jasna, doktor Madarasz. To wszystko było tak dopasowane, że w połączeniu ze sobą miało dać oczekiwany rezultat. Zabiegi były całkiem przyjemne, zdecydowanie najgorzej wspominam akupunkturę - nigdy nie lubiłam igieł. Wyjazd tam postanowiłam potraktować jak pobyt w SPA. Przed wyjazdem ustaliliśmy z mężem, że to ostatnia próba, że dajemy sobie czas do końca roku, a potem ruszamy z adopcją. W pierwszym cyklu po powrocie z Ciechocinka zaszłam w ciążę. Wyczekaną córcię urodziłam w czerwcu 2009. Jest naszym szczęściem.

Monika z Warszawy


 


Spondyliatria

- Akupunktura
- Medycyna Dalekiego Wschodu
- Leczenie Niepłodności